Granica kontynentów Azja-Europa i obowiązkowy szampan na granicy! Po jednym symbolicznym kieliszku za Azję i za Europę.

Podróż Koleją Transsyberyjską z dzieckiem? To nic strasznego!

News

Podróż Koleją Transsyberyjską z dzieckiem. Ten temat rzadko jest poruszany wśród osób podróżujących Koleją Transsyberyjską. Specjalnie dla nas taki wypad opisała Monika Chełstowska, współautorka bloga o niekonwencjonalnych podróżach rodzinnych PITUPITU.NET. Zapraszam na bardzo dokładną relację z tej niesamowitej wyprawy pod kątem podróży z dzieckiem!

Najsłynniejsza, najdłuższa, najbardziej niesamowita. Podróż Koleją Transsyberyjską, to marzenie wielu podróżników (i nie tylko!). Owiana legendą przygoda wydaje się być ciężka w realizacji sama w sobie. A jak zorganizować ją, jeśli tak jak my, nie wyrobiliście się z jej realizacją PRZED założeniem rodziny, i tak jak my, nigdy nie wyjeżdżacie bez swoich maluchów? :) Zapraszam na tekst o naszych przygotowaniach i wrażeniach już po 3600 km Koleją Transsyberyjską – tylko do Uralu, ale za to z trzylatkiem!

Przygotowania do tej podróży nie trwały długo. Ale były dość intensywne. Rozpoczęły się właściwie już w momencie, gdy szala „głupi pomysł/świetna myśl” zaczęła przechylać się w tą drugą stronę. Wtedy, gdy zaczęliśmy kombinować i rozbierać poszczególne ewentualne problemy na czynniki pierwsze. Dość szybko okazało się, że właściwie wszystko da się zrobić, na wszystko mamy jakiś pomysł, tylko trzeba trochę pogłówkować.

Założenia vs. obawy

Naszymi największymi obawami były:

  • czystość i jakość wagonów;
  • długość trasy.

Dotyczy to wszystko oczywiście warunków dla małego dziecka, jadąc samemu zupełnie byśmy się tym nie przejmowali. W tym wypadku jednak, nie mogliśmy liczyć na „jakoś to będzie” i „zaciśniemy zęby i damy radę”. Jeśli podróżowalibyśmy w popularniej plackarcie, musielibyśmy liczyć się z tym, że nasz synek czasami, gdy warunki na to nie pozwolą, nie będzie mógł się wyspać w ciągu dnia (śpi nawet 3h w środku dnia).

Oznaczało to zmęczone, jęczące dziecko, a co się z tym wiąże, zmęczonych rodziców i zmęczonych współpasażerów. Każdy rodzic wie, że w takim przypadku radość z nawet najfajniejszej wyprawy jest przyćmiona maksymalnie. Bardzo trudno byłoby znosić wyczerpanie jednocześnie swoje jak i dziecka. Dlatego też, naszym pierwszym założeniem była jazda w drugiej klasie wagonów. Cenowo różnią się one nie na tyle, żeby to nie miało sensu. A jednocześnie zamykane przedziały to idealne warunki do jazdy z dzieckiem.

Nie znaleźliśmy w Polskim Internecie żadnego opisu takich wagonów, nie wiedzieliśmy więc dokładnie jakich warunków możemy się spodziewać. Wiedzieliśmy że powinien być prąd, a kupując bilety dużo wcześniej przez Internet, pozaznaczaliśmy wszystkie możliwe ikonki do wyboru, w tym te z jedzeniem, klimatyzacją, pastą do zębów itp. bo różnice w cenie pomiędzy biletami bez dodatków były minimalne (albo żadne). Chociaż do końca nie chciało nam się wierzyć w to, że zastaniemy klimatyzowane wagony z wyżywieniem, stanowiło to pewnego rodzaju zabezpieczenie, że wzięliśmy najlepsze, co było.

Drugą sprawą była długość podróży. W pierwszej chwili, jako totalni nowicjusze w tym temacie zakładaliśmy, że całą trasę trzeba zawsze przejechać na raz albo, że poszczególne odcinki są od siebie oddalone o dziesiątki godzin. Samo to wykluczało w naszym mniemaniu podróż z małym dzieckiem. Sprawa rozjaśniła się po pierwszym sprawdzeniu milionów konfiguracji połączeń pociągów – ile czasu zajmuje dojechanie w które miejsce; o ile godzin są od siebie oddalone poszczególne miejscowości, które ewentualnie moglibyśmy zobaczyć; ile czasu jedzie się bez przerwy nad Bajkał, a ile z przystankami; ile kosztują bilety samolotowe do Irkucka, a ile do, i z Moskwy i co się bardziej opłaca, zarówno czasowo jak i kosztowo – czy wracać koleją, czy samolotem, czy w jedną, czy w drugą stronę.

Dodatkowym utrudnieniem logistycznym było to, że chcieliśmy się po drodze spotkać gdzieś z moją siostrą, na stałe mieszkającą w Singapurze i jadącą właśnie w tym terminie Koleją Transsyberyjską z Pekinu do Moskwy. A oprócz tego – chcieliśmy zobaczyć malutką miejscowość, która na nasze szczęście leżała na trasie Kolei (Neya w obwodzie Kostromskim), gdzie została zesłana nasza rodzina w 1940 roku i gdzie urodziła się nasza babcia. Zmiennych w naszej układance było więc niesamowicie dużo!

Ostatecznie założyliśmy, że jeśli będziemy wystarczająco często wysiadać z pociągu, nasze dziecko nie zdąży się nim zmęczyć, a jeśli coś będzie nie tak- odpoczniemy czy wykurujemy się w danym mieście przed dalszą podróżą. Oznaczało to, że odcinki podróży wyznaczyliśmy w odstępach 12 h(trzy odcinki)-21 h(jeden najdłuższy) a w każdym mieście będziemy co najmniej dwa dni. Te z odcinków, gdzie nie zależało nam na widokach (bliżej Moskwy) chcieliśmy odbyć w nocy. Wybierając pociągi musieliśmy więc dopasować je do godzin życia naszego dziecka- nie wybieraliśmy tych startujących np. o 4.00 w nocy, czy bardzo późno. Jeden wyjątek trafił nam się w Jekaterynburgu, gdzie nie mieliśmy innej możliwości niż wysiąść z pociągu o 4.00 rano. Tutaj oczywistym było, że musimy zabukować hotel bardzo blisko dworca i szybko przenieść tam śpiące dziecko.

Po wymyśleniu jazdy drugą klasą i częstych przystanków, zaczynało być to wszystko coraz bardziej realne. Biorąc pod uwagę czas podróży i to, że nie wiemy jak nasze dziecko będzie znosiło taką długą podróż pociągiem zdecydowaliśmy się, że będzie to wyprawa „sprawdzająca”, czyli „niedaleka” i pojedziemy tylko do Uralu– będziemy jeszcze w europejskiej części Rosji. Sprawdzimy, czy taka podróż z dzieckiem jest w ogóle możliwa. Gdyby coś było nie tak i musielibyśmy nagle wracać, nie oddalimy się od domu o niemożliwy do szybkiego powrotu np. samolotem odcinek.

Spełniając nasze marzenie bardzo chcieliśmy, żeby nasz maluch dobrze się bawił. Żeby był bezpieczny i szczęśliwy. To jego zdrowie, bezpieczeństwo i dobry humor były dla nas najważniejsze. Wiedzieliśmy że jeśli tak będzie, podróż się uda.

Aby mogło tak być, przed nami było jeszcze kilka spraw do przewidzenia i zaplanowania.

Bezpieczeństwo a podróż Koleją Transsyberyjską z dzieckiem

Jak dla każdego rodzica, najważniejsze od początku było dla nas bezpieczeństwo naszego dziecka. To był podstawowy warunek wszystkich naszych działań. Bezpieczeństwo to dla nas przede wszystkim podróż w dwie osoby dorosłe. Jedna osoba z dzieckiem to za duże ryzyko – biorąc pod uwagę wypadki losowe (choroby, omdlenia, kradzież czy jeszcze gorzej), we dwójkę jesteśmy na nie dwa razy lepiej ubezpieczeni. Mnogość spraw do załatwienia przy wsiadaniu, ilość bagaży i drobiazgów (plus oczywiście dziecko, nie zawsze grzecznie czekające w kolejce do pociągu) sprawia, że dwójka opiekunów sprawdziła się w naszym przypadku doskonale. Jedna osoba wyjmuje bilety, dokumenty (w tym te niczym nie przyczepione do paszportu karteczki, które w każdej chwili mogą się zgubić a są niezbędne do wyjazdu z Rosji!) rozmawia z Prowadnicą, druga pilnuje bagaży i dziecka. Albo jedna pilnuje bagaży na dworcu, a druga szuka toalety z dzieckiem. Albo jedna trzyma dziecko za rękę, druga pyta o drogę. Itd.

Drugą podstawą bezpieczeństwa było przewidzenie wszystkich możliwych do wystąpienia czarnych scenariuszy. Nie wiedząc do końca jak wygląda taka podróż (w Polskim Internecie nie znalazłam opisu ani podróży w drugiej klasie, ani z dzieckiem), musieliśmy improwizować i przygotować się na najgorsze. Była więc to kwestia spakowania wszystkiego co może nam się przydać i zaopatrzenia się we wszystkie możliwe leki, szczepienia przed wyjazdem, zorganizowania telefonów i adresów znajomych Rosjan, ambasady oraz numerów alarmowych.

Ostatnią, ale bardzo ważną sprawą były dla nas pieniądze. Jadąc w taką podróż z dzieckiem, nie możesz przeliczyć kosztów tak, że „może się uda i powinno wystarczyć”. Nie możemy narażać zdrowia i życia naszego największego skarbu- musimy być również, a może przede wszystkim, finansowo przygotowani na niezaplanowane wydatki, jak np. szybki powrót pierwszym samolotem do domu, czy pokrycie kosztów leczenie (ubezpieczenie – które, oczywiście, mieliśmy wykupione bo jest obowiązkowe do wizy – zazwyczaj działa tak, że koszty są zwracane, ale najpierw musisz zapłacić sam). Co innego, gdy jedzie się samemu, wtedy możesz liczyć na to że jakoś tam będzie i zaciśniesz zęby i dojedziesz pokiereszowany do domu o własnych siłach;) Ale nie z dzieckiem na pokładzie.

Pakowanie

Zasadniczym problemem było: CO LEO BĘDZIE ROBIŁ TYLE CZASU W POCIĄGU? Na pierwszy rzut oka, wydawało nam się to niemożliwe, żeby z małym dzieckiem przeżyć kilkanaście godzin na sześciu metrach kwadratowych w 4 osoby i się nie pozabijać. Po bliższym przyjrzeniu się sprawie, okazuje się że takie małe dziecko, śpiące w ciągu dnia (ten problem już rozwiązaliśmy), ma tak naprawdę w ciągu dnia czas na jedzenie i zabawę. Sprawa jedzenia była częściowo rozwiązana przez wyżywienie dokupione do biletów (ale nie ufaliśmy, że będzie zjadliwe, więc mieliśmy w podróży opierać się na suchym prowiancie oraz jedzeniu zakupionemu już po drodze). Poza spaniem i jedzeniem, pozostaje nam więc kilka godzin z rana i kilka godzin po południu, które dziecko zazwyczaj spędza na zabawie (i spacerach, które w tym wypadku musiały być zastąpione przez bieganie po korytarzu). Zabawa zaś to coś, do czego akurat rodzic może dobrze się przygotować. Oto co spakowaliśmy:

ZABAWKI:

  • ulubione zabawki naszego trzylatka, czyli milion malutkich samochodzików/resoraków (zajmują mało miejsca, można je wetknąć w każdy kąt plecaka czy walizki i w razie zgubienia jednego czy dwóch nie ma tragedii);
  • tory do Hot Wheels’ów (są lekkie, łatwe w spakowaniu, można wymyślać różne opcje ułożenia w zależności od warunków);
  • książeczki (nowe, żeby był efekt zaskoczenia oraz stare, ulubione do snu- wszystkie w miękkiej oprawie i cieniutkie żeby było jak najlżejsze i zajmowały jak najmniej miejsca);
  • kolorowanki/zagadki dla trzylatka/ciastolina Play-Doh/puzzle/wycinanki (to kategoria zabawek zabijających czas, którymi możemy pobawić się wspólnie i rozwijających przy okazji);
  • ulubiony pluszak do snu. Tutaj inaczej niż w przypadku miliona samochodzików – jest tylko jeden (a właściwie jedna, Truskawka z Gangu Świeżaków w naszym przypadku), niezastąpiony w razie zgubienia. No i oczywiście, zgubił nam się od razu na lotnisku w Moskwie i była tragedia. Na szczęście, kilka tygodni po powrocie, Truskawka przyleciała do nas z powrotem 😉
  • tablet! Tak, oglądanie bajek na elektronice to straszne zło, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto w chwilach zwątpienia w samochodzie czy samolocie nie wysługuje się tym narzędziem szatana do zajęcia czymś dziecka. Wgraliśmy kilkadziesiąt ładnych, bezkrwawych bajeczek, piosenek i krótkich filmików, więc w sumie wyszło nawet bezpieczniej niż w domu, gdzie podłączony do Internetu telefon zawsze pokazuje najgorsze bajki.

Oprócz zabawek, mając na uwadze naszego malucha spakowaliśmy również:

ŚRODKI HIGIENY I KOSMETYKI:

  • jednorazowy nocnik w razie awaryjnej sytuacji, gdy w pociągu WC będzie zajęte;
  • antybakteryjne żele i chusteczki;
  • zwykłe mokre chusteczki;
  • opaski na rękę i spraye przeciw komarom i innym insektom (w razie ich ataku, czy w pociągu, czy po wyjściu z niego);
  • żel do prania ręcznego, gdyby ubrudziło się wszystko na raz.

APTECZKA dla DZIECKA:

  • plastry, Octenisept do odkażenia, opaska uciskowa, bandaż- podstawa przy urazach;
  • Smecta i elektrolity w razie biegunki;
  • Paracetamol w razie gorączki przy biegunce;
  • Ibuprom w razie gorączki i zapalenia czegokolwiek bez biegunki;
  • spray do gardła, woda morska do oczyszczania nosa, Nasivin zmniejszający obrzęk do noska;
  • Griplinosin na wiruski;
  • maść na otarcia, maść na stłuczenia, maść na odparzenia;
  • probiotyki, które Leo brał przez cała podróż (i może dzięki temu nie miał żadnych problemów jelitowo-wirusowych).

Wszystko to spakowaliśmy do jednej dużej walizki (dużo łatwiej ją otwierać i szukać czegoś np. w hotelu) oraz plecaka podróżnego, w którym mieliśmy najpotrzebniejsze w danej chwili rzeczy. Każdy przystanek to przepakowywanie się, myślenie co zabrać w „podręczny”, a co spakować do dużej walizki. Co może przydać się tym razem, ile jedzenia wyjąć z „zapasów” i ile ciuchów na jaką porę dnia.

Poza tym wszystkim, zabraliśmy ze sobą wózek spacerówkę. Przecież, oprócz jazdy w pociągu, czekało nas jeszcze zwiedzanie kilku rosyjskich miast, w tym wielkiej Moskwy! Wiedzieliśmy, że będziemy zwiedzać również podczas snu naszego malucha w ciągu dnia, bo szkoda będzie nam czasu. Sen w wózku jest zawsze lepszy niż brak snu- robiliśmy tak już wielokrotnie podczas poprzednich podróży i zawsze nam się to sprawdzało. W środku dnia maluch zasypiał w wózku, a my mogliśmy na spokojnie wypić kawę i poprzeżywać fakt przebywania w niezwykłym miejscu :) Spacerówka bardzo nam się przydała, ułatwiła pilnowanie malucha np. na peronie czy w tłumie – dziecko w wózku jest zdecydowanie bezpieczniejsze, niż dziecko co chwilę puszczające rękę rodzica.

Podróż, czyli co robił trzylatek w Kolei Transsyberyjskiej?

Uzbrojeni po zęby w leki, tablety, resoraki i ogromne podekscytowanie, zgodnie z planem i na szczęście bez zbędnych komplikacji (nie licząc spuchniętej w przeddzień wyjazdu kostki Leosia), wyruszyliśmy na końcu czerwca w dwutygodniową przygodę!

W pociągu, ku naszej wielkiej uldze, Leo robił po prostu to co zazwyczaj! Bawił się, jadł, pił mleko do snu, oglądał bajki. Poza ekscytacją górnym łóżkiem (pokażcie mi dziecko, które nie kocha piętrowych łóżek), doszły takie smaczki jak śmiech z mycia pod kranem w łazience, przyzwolenie na większą niż normalnie ilość słodyczy i przekąsek, „bo przecież jest wycieczka” ;) i papugowanie zdziwienia rodziców, gdy po kolei odkrywaliśmy, jak bardzo kolej rosyjska różni się od naszych wyobrażeń.

Wiadomo, że każde dziecko jest inne i warunki również mogą być różne. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że rodzic, dobrze znający swoje dziecko, który postara się dobrze przygotować do podróży (czyli sprawić, aby maluch poczuł się w niej choć trochę tak jak w domu, gdzie ma swoje ulubione zabawki, przedmioty tj. butelka do snu czy smaczne jedzenie na czas) będzie potrafił przewidzieć zachowanie swojego dziecka podczas takiej podróży. Podróż pociągiem jest wbrew pozorom najłatwiejszym środkiem transportu dla rodziców z małymi dziećmi. Inaczej niż w przypadku podróży samolotem – gdzie raczej nie powinno się bez przerwy biegać po korytarzu, bo co chwile chodzą Panie Stewardessy z wózkami, a podczas krótkiego lotu tyle się dzieje, że jakoś potrafisz zająć dziecko siedzące na kolanach.

Inaczej niż w przypadku podróży samochodem, gdzie z oczywistych przyczyn biegać w ogóle nie można. W odróżnieniu od tych dla nas konwencjonalnych sposobów podróży z dzieckiem, przedział wagonu sypialnego kolei daje o wiele więcej możliwości na normalne, codzienne zachowanie dziecka. Jeśli więc w domu masz płaczka, który wymaga dużo atencji – w przedziale raczej się to nie zmieni. Jeśli Twoje dziecko spędza czas najchętniej bawiąc się samochodzikami – w przedziale będzie miał na to sporo miejsca i czasu. Jeśli lubi nowe towarzystwo i zabawy z rówieśnikami – módl się o dzieci w wagonie;)

Nie ma co liczyć na zbyt duży efekt zainteresowania nową sytuacją. Błędem byłoby zakładanie, że dziecko będzie tak zafascynowane podróżą koleją, innymi warunkami, widokami czy spaniem na górnym łóżku, że po 20 minutach nie zacznie domagać się tego, do czego jest przyzwyczajony. To zbyt długa podróż, żeby w pewnym momencie nie chcieć poczuć się i zachowywać tak, jak w domu:) W dobrym i złym tego słowa znaczeniu.

Nasz plan zadziałał

Sporo rzeczy udało nam się przewidzieć i zapobiec niepotrzebnym stresom i stracie czasu. Leo współpracował wyśmienicie, praktycznie nie było takiej sytuacji, gdzie nie wiedzieliśmy co mamy ze sobą, czy z nim, zrobić. Nie robił scen, nie panikował, ani razu nie powiedział, że chce do domu. Może dzięki temu, że co chwila coś się działo: oglądanie niesamowitych miast, spotkania z różnymi, ciekawymi ludźmi (w tym ze swoją ciocią!), spanie w różnych miejscach – nasz podekscytowany trzylatek zachowywał się nawet lepiej niż w domu! Z pewnością pomógł mu NASZ DOBRY HUMOR wynikający z satysfakcji i świadomości niesamowitego czasu w tej pięknej podróży.

  • Nie przydały się na szczęście wszystkie leki, ale samo to, że mieliśmy akurat te, które były potrzebne, zaoszczędziło nam zmartwień i straty czasu na szukanie rosyjskich odpowiedników;
  • Na tych odcinkach, na których chcieliśmy, żeby głównie spał, bo jechaliśmy na noc (Moskwa-Neya, Kazań- Moskwa) Leo przesypiał całe noce – wysypiał się, bo było mu wygodnie, miał ciepłe mleko i bajkę przed snem, klimatyzacja zazwyczaj działała bez zarzutu (tylko w pierwszym pociągu była nieco zbyt mocna) więc nie było duszno ani zimno;
  • Sprawdziły się przypuszczenia, że potrzebujemy sporo zabawek. Tory Hot Wheelsowe rozkładaliśmy i składaliśmy w zależności od tego, ile akurat było miejsca. Dzieci z daleka widziały, że zabawki wystają z przedziału, był więc to idealny wabik na kompanów zabawy.
  • wzięliśmy za dużo koszulek, ale nie musieliśmy używać żelu do prania i suszyć rzeczy na szybko;
  • Zapasy jedzenia wystarczyły na pierwszą część podróży, wtedy gdy były najbardziej potrzebne. Gdy już mieliśmy za sobą najdłuższy odcinek (21 h), większość była albo zjedzona, albo zepsuta i zostały nam te „długoterminowe” i kupione już na przystankach po drodze;
  • tablet sprawdził się wyśmienicie w chwilach, gdy zmęczony zabawą czy podróżą nasz chłopczyk chciał porobić coś innego, ale sam do końca nie wiedział co. Tak jak w domu! Chwila odpoczynku przy bajeczce i butelce i można wracać do biegania po korytarzu. Zaskoczeniem było dla nas to, jak chętnie włączał w kółko piosenki, uczył się tekstów, śpiewał i tańczył. Muzyka w przedziale to był dobry pomysł – czy z tabletu czy z telefonu.

Ale jednocześnie Kolej Transsyberyjska bardzo nas zaskoczyła!

Udało się więc przewidzieć, co nasze dziecko może chcieć, czego potrzebować i jak będzie spędzać czas. Druga klasa sprawdziła się idealnie: trafili się nam uprzejmi, niehałasujący współpasażerowie a zamykany przedział sprawdził się w ciągu dnia. Gdy nie wszystkie dzieci poszły spać i nadal wariowały na korytarzu, nasz maluch smacznie spał i nabierał sił na dalszą podróż.

Druga sprawa, która maksymalnie nas zaskoczyła i jednocześnie bardzo pomogła nam w tej wyprawie pod kątem dziecka to: komfortowe warunki panujące w nowoczesnej Kolei Transsyberyjskiej!

  • podłoga i kanapy były czyste, w większości wagonów wyglądały wręcz na nowe, a Pan Prowadnik, odkurzający przedziały w trakcie jednego z odcinków, to już w ogóle był hit!
  • podgrzanie butelki z mlekiem nie było problemem- Panie prowadnice miały piekarnik! Nie mikrofalę, piekarnik!
  • WC, czyli w przypuszczeniach nasz wróg nr 1, wcale nie było obrzydliwe a wręcz przeciwnie- często dezynfekowane i czyszczone przez obsługę pociągu. O dziwo, nie było wcale kolejek, więc jednorazowy nocnik nie został użyty;
  • nie było opóźnień. Wszystkie pociągi przyjechały i odjechały co do minuty zgodnie z rozkładem;
  • wykupione jedzenie „pociągowe” było smaczne i doskonale sprawdziło się jako ciepły posiłek w ciągu dnia! Dziecko dostawało do posiłków prezenty: soczek dla dzieci i … puzzle;
  • Leo trzy razy dostał zestawy z prezentami dla dzieci! Poza pierwszym pociągiem, o najdalszym numerze, Leo dostał: plecaczek, zestaw do rysowania, koszulkę i czapkę firmową.
  • W pociągach na głównej trasie, czyli od Jekaterynburga do Kazania i dalej do Moskwy, telewizor miał kanał z bajkami dla dzieci.

Obsługa pociągu była świetna. Na każdy nasz problem reagowali i próbowali pomóc, roznosili wszystkie fanty o czasie, nic nie pokręcili z posiłkami, zgodnie z umówioną wcześniej godziną informowali o stacji docelowej. A w kontekście dzieciowym: wcale nie przeszkadzały im dzieci bawiące się na korytarzu! Zamiast prosić o sprzątnięcie zabawek – skakali przez tory;)

A na sam koniec (nie wiem kto im powiedział że to już koniec naszej trasy) mieliśmy możliwość kupienia w przedziale… lodów! Czyste szaleństwo, gdyby ktoś powiedział nam przed podróżą, że będziemy tam mieli takie niespodzianki, w życiu bym nie uwierzyła.

O naszym wielkim szczęściu możemy mówić w kontekście jednego faktu. Podczas najdłuższego odcinka (21h) trafiliśmy na wagon pełen dzieci! Spędziliśmy w tym wagonie cały dzień i całą noc, a zamiast umęczenia i odliczania czasu do wysiadki, tak na prawdę tam odpoczywaliśmy:)) W dodatku, jakby tego było mało, jedna z babć podróżujących ze swoim wnuczkiem zajęła się śpiewaniem i zabawianiem wszystkich dzieci na korytarzu!

Był to szczyt zderzenia naszych obaw z piękną rzeczywistością: gdy ja przebierałam sobie wstępnie zdjęcia na aparacie i pisałam notatki, Adrian czytał gazetę a Leoś przez kilka godzin (!!!!) bawił się z dziećmi, prawie nic od nas nie chcąc… Ganiali po korytarzu, śpiewali piosenki, bawili na zmianę swoimi zabawkami, wymieniali samochodzikami, oglądali swoje przedziały. Śmialiśmy się, że nie pamiętamy takiego wydarzenia w domu: tak beztrosko siedzieć sobie w spokoju, podczas gdy nasz maluch zajmował się sam sobą przez tyle czasu.

To wszystko sprawiło, że ten odcinek naszej podróży, to było chyba największe zaskoczenie i jednocześnie wielka ulga, że nasze dziecko jest w tej podróży szczęśliwe.

Okazało się, że to, co kiedyś przeczytałam w jednej z relacji z Kolei Transsyberyjskiej, to czysta prawda – podczas podróży Koleją odpoczywasz! Odkrycie roku: Nawet z dzieckiem;)

Podczas podróży, przedział pociągu zamienia się w taki mały domek. Wszystko, co niezbędne (o ile o niczym nie zapomnisz!) masz pod ręką: jedzenie, picie, zabawki, ubrania. Nie trzeba nic załatwić, nigdzie wyjść, nic nas nie gonił.

Leżysz, śpisz, czytasz, piszesz, oglądasz zdjęcia na aparacie. A w międzyczasie ogarniasz swoje dziecko, co wbrew pozorom, może być dużo prostsze niż w domu. Dziecko w tym wieku już zrozumie, że nie może wymyślać nie wiadomo czego, bo jesteście w pociągu. Powinno zrozumieć, że nie może teraz dostać do jedzenia czegoś wymyślnego, tylko wybrać spośród tego, co macie na pokładzie. To doskonała szkoła charakteru i pokory – może tupać, piszczeć, krzyczeć, ale i tak nic nie wskóra, bo chociaż w chwili słabości miałbyś ochotę ulec i dać mu to, co sobie w tej chwili wymyśla (ach, te kryzysy wszystko-latków), to zwyczajnie nie możesz tego zrobić. A mając wszystko to, co podstawowo niezbędne pod ręką, dużo szybciej ubierasz/karmisz/bawisz niż w domu, gdzie te zwyczajne czynności rozpraszane są przez codzienne obowiązki.

To przystanki po drodze są po to, żeby się zmęczyć, przespać w niewygodnym, brudnym hotelu (jak zdarzyło nam się w Jekaterynburgu, choć to właśnie tutaj miał być luksus 3*), chodzić, zwiedzać, pchać wózek z 21kilogramowym trzylatkiem przez ogromne rosyjskie miasta, nosić ciężkie bagaże zawierające wszystko, czego potrzebujesz.

Gdy już wejdziesz do wagonu i jedziesz dalej – wchodzisz w tryb „odpoczynek”. To było na prawdę zabawne, bo okazało się być zupełnie odwrotnie, niż się spodziewaliśmy.

Jeśli czegoś nie można, a bardzo się chce – to można!

To, że warunki sanitarne i organizacyjne zaskoczyły nas w pociągach na plus, nie oznacza wcale, że była to łatwa wycieczka. Wymagała dużej siły, kondycji, determinacji, ciekawości. Udało nam się spiąć i zdążyć na każdy pociąg, udało się znaleźć hotele i mieszkania w dobrej lokalizacji w każdym mieście, udało się, przebierając się czasami po kilkanaście razy (Leo), nie zachorować. Udało się dogadać z Rosjanami, mimo, że żadne z nas nie mówi dobrze po rosyjsku. No i najważniejsze – udało się nie przestraszyć;)

Trudność całej wyprawy polegała więc na odpowiednim zaplanowaniu, odpowiednim nastawieniu oraz fizycznym wytrzymaniu takiego tripa. Przydały mi się wcześniejsze, z premedytacją prowadzone treningi rąk i pleców na siłowni (te miliony małych, a jakże ciężkich samochodzików Leosia! Te braki wind! Te konserwy w plecaku!). Przydał się również wymieniony wyżej strach – mobilizując do próby przewidzenia możliwie każdej sytuacji, której możemy być współudziałowcami.

Wiadomo, nie jechaliśmy tam z nastawieniem ani na odpoczynek, ani na sielankę. Wiadomo, że po drodze czasami nerwy puszczały i nie brakowało ciężkich sytuacji, jak ta, gdy w Neyi, pół kilometra i 10 minut przed pociągiem rozkraczyła nam się Łada i musieliśmy biec z bagażami, wózkiem i Leosiem na peron.

Ale fajne warunki zdecydowanie pozwoliły odpocząć w pociągach. A każdy zdobywany Mount Everest możliwości ;) i przybijane piony za każdym małym sukcesikiem tj. np.:

  • udana wymiana biletów w kasie na dworcu Jarosławskim w Moskwie,
  • opuszczenie pociągu na dobrej stacji w Neyi pośrodku niczego,
  • odnalezienie ‘posiołka’ czyli miejsca w którym mieszkała nasza rodzina głęboko w lesie na przedpolu Tajgi,
  • zorganizowanie na miejscu w Jekateryburgu transportu do trzech granic Europa-Azja,
  • każda przeżyta noc w pociągu, każdy dzień spędzony na konstruktywnym poznawaniu miejsca, w którym los pozwolił nam tego dnia być…

dodatkowo przyczyniły się do tego, że chcąc nie chcąc wróciliśmy z tej wyprawy nabuzowani wolnością, sukcesem, szczęściem i gotowi do działania – wypoczęci? Jak po tradycyjnym urlopem pod palmą? Oj nie, dużo bardziej;))))

Nasz plan zadziałał i teraz możemy powiedzieć to z całą pewnością: podróż Koleją Transsyberyjską z dzieckiem jest możliwa! Pozostaje nam tylko zacząć planować następne jej odcinki, bo najgorsze po tej wyprawie jest to, że kompletnie wszystko wydaje się możliwe! ;)

Monika Chełstowska

pitupitu.net

9 comments

Dodaj komentarz